Ksiądz dr Piotr Gołębiowski profesor i ojciec duchowny Wyższego
Seminarium Duchownego w Sandomierzu, otrzymał nominację na proboszcza w
Baćkowicach 16 sierpnia 1941 roku. Parafię objął oficjalnie 4 września tego
roku1. Parafia
Baćkowice leży u podnóża Gór Świętokrzyskich na trasie z Opatowa do Łagowa w
malowniczej dolinie rzeki Pokrzywianki2.
Ksiądz dr Piotr Gołębiowski, gdy przybył do parafii, pierwsze
swoje kroki skierował do kościoła, który obejrzał dokładnie i dłuższy czas
spędził na modlitwie3.
Potwierdziły się opinie, że nowo przybyły proboszcz jest kapłanem niezwykłym i
świątobliwym4. Po
objęciu parafii, w pierwszym kazaniu do parafian nowy proboszcz podkreślił, że
chce kontynuować dzieło swego poprzednika, ale musi się jeszcze wiele nauczyć i
poprosił parafian o pomoc w kierowaniu spółdzielniami istniejącymi w
oparciu o parafię, a Komitet Parafialny zachęcił do większej aktywności
w pracach duszpasterskich i remontowo-budowlanych5. W krótkim czasie
parafianie
baćkowiccy, nabrali pełnego zaufania do swojego duszpasterza. Prostota, łatwość
nawiązywania kontaktu z wiernymi, skromność i powaga w rozmowie,
wsłuchiwanie się w różne problemy swoich dzieci czyniły z niego ojca dla
wszystkich swych parafian. Sam chodził po kolędzie w okresie Bożego Narodzenia.
Często się zdarzało, że pieniądze otrzymane od bogatych, przekazywał biednym,
którym brakowało pieniędzy na kupno kawałka chleba. Gdy go częstowano, nigdy
nie odmawiał oferowanego posiłku. "Jadł u nas w domu razem z całą rodziną pyzy
z cukrem" - wspominała mieszkanka Stanisławowic6. Kierował się
zawsze dobrem swoich
parafian, nie zważał na niemieckie zakazy, że pod karą nie wolno chodzić po
kolędzie7. Do
chorych również jeździł sam, szczególnie w nocy, gdyż uważał że ksiądz wikary
musi być wypoczęty do pracy katechetycznej z dziećmi8.
Pieszo chodził odwiedzać chorych nie tylko do domów, ale
i do szpitala opatowskiego. Spowiadał ich, pocieszał, udzielał im
błogosławieństwa9.
Szczególnie trudny był okres, gdy front niemiecko-rosyjski zatrzymał się w
Baćkowicach. W sytuacji, kiedy to Baćkowice znalazły się w strefie
przyfrontowej, poruszanie się furmanką było bardzo niebezpieczne. Wysłanie
podwód po księdza do chorego na większości pasa przyfrontowego ze względu na
miny i ostrzał artyleryjski było niemożliwe. Cały teren był zaminowany, nawet
wąska dróżka do kościoła. Proboszcz Gołębiowski musiał wąską ścieżką, między
minami dojść do Baćkowic, dopiero w bezpiecznej odległości od linii frontu
wsiadał na furmankę i dojeżdżał do chorego10.
Do chorych przychodził wieczorem, gdyż w ciągu dnia z obu
stron ciągle strzelano. "Pewnego razu przyszedł do budynku mleczarskiego z
różańcem w ręku. Był bardzo blady, co parę kroków musiał padać na ziemię. W
sutannie zauważyliśmy dziury, w kilku miejscach była przestrzelona" - tak wizytę
ks. Gołębiowskiego wspomina M. Kot z Baćkowi11.
Po wysiedleniu mieszkańców Baćkowic, proboszcz Gołębiowski
musiał przenieść się do Mominy i stamtąd przychodził pieszo do chorych i
konających, nie bał się pocisków i kul, mówiąc: "Ja nie mam rodziny, zginę, to
sam". Nigdy się nie załamywał. Modlił się z parafianami, pocieszał ich i
pokrzepiał duchowo12.
Wł. Firmanty, wówczas młodzieniec, pochodzący z Olszownicy tak
wspomina wizytę ks. Gołębiowskiego: "Na Boże Narodzenie 1944 roku przyszedł do
szpitala w Opatowie nas odwiedzić, pytał o zdrowie, jak się czujemy.
Wyspowiadał nas, udzielił Komunii św. chorym. Wspólnie odmówiliśmy cząstkę
Różańca świętego i złożył nam życzenia świąteczne"13.
Jak tylko mógł, tak pomagał chorym w zdobywaniu lekarstw i
środków opatrunkowych. Sam często przy pomocy książki lekarskiej wyszukiwał
przepisy, jak leczyć chorych, gdy nie było lekarza. Tak wyleczył z żółtaczki
Zofię Podsiadło z Żernik. Powiedział rodzinie opiekującej się chorą: "Ufajcie
Matce Bożej, a chora będzie zdrowa". Po kilku tygodniach tak też się stało.
Chora powróciła do pełni sił14.
Wraz z objęciem probostwa w Baćkowicach czekała go nie tylko
praca duszpasterska, ale także ogrom pracy administracyjnej: w Spółdzielni
Rolniczo-Handlowej, Spółdzielczej Kasie Stefczyka, Okręgowej Spółdzielni
Mleczarskiej. Spółdzielnia Rolniczo-Handlowa zajmowała się skupem płodów
rolnych od swoich członków, które następnie sprzedawała odbiorcom hurtowym
i indywidualnym, osiągając z tej działalności duże zyski. W Spółdzielczej
Kasie Stefczyka było zorganizowanych prawie 1000 członków. Podczas różnych
zebrań, narad i konsultacji z członkami samorządów spółdzielni, ujmująco i
wnikliwie rozpatrywał różne sprawy i problemy związane z działalnością
statutową tej organizacji. Prowadził narady w serdecznej atmosferze, wyzwalał
inicjatywę i zaangażowanie, doceniał wartość logicznego chłopskiego
rozumowania. Miał wielki autorytet i uznanie u władz nadrzędnych, których
przedstawiciele przyjeżdżali na kontrole. W decyzjach przyznawania pożyczek dla
członków, zwracał zawsze uwagę na stan majątkowy i potrzeby ubiegających się o
kredyt, przyznając pierwszeństwo ludziom biednym i potrzebującym pomocy.
Każda sprawa musiała być rozpatrzona bardzo wnikliwie, nie było
mowy o żadnym protekcjonizmie15.
Dzieło poprzednika księdza magistra kanonika Romualda
Górskiego, założyciela i wieloletniego prezesa tych organizacji, mimo
trwającej wojny miał dalej kontynuować. Czekało go nowe wyzwanie, które musiał
podjąć i wypełnić. Dwa razy w tygodniu przychodził jako prezes do budynku Kasy
Stefczyka na spotkanie z członkami Zarządu bądź Rady Nadzorczej. W sposób
niezwykle demokratyczny i kolegialny koordynował pracę członków wyżej
wymienionych organizacji spółdzielczych.
Ks. P. Gołębiowski Msze święte celebrował dostojnie
i z wielką pobożnością. Na sumach, które celebrował, chór pod
kierownictwem miejscowego organisty Władysława Hołody śpiewał zawsze piękne
pieśni gregoriańskie16.
Wygłaszane w czasie Mszy świętych i nabożeństw kazania trafiały do serc i
sumień parafian. Głęboko ich poruszały i zawsze wywoływały zbawienne skutki.
Każdy uświadamiał sobie złe skutki grzechu i budził niezłomną wolę poprawy.
Proboszcz zapraszał różnych kapłanów z dekanatu, w tym profesorów seminarium z
Sandomierza do pomocy, którzy odprawiali Msze święte, wygłaszali kazania i
rekolekcje, oraz chętnie spowiadali parafian, jednocząc ich z Bogiem i drugim
człowiekiem.
Pierwsze dni po wyzwoleniu spod okupacji niemieckiej tak
wspominają mieszkanki parafii: "Z Mominy szłam do kościoła, po sumie ksiądz
proboszcz wychodził na spotkanie ze swoimi parafianami, rozmowa trwała dłuższy
czas. Słowa proboszcza były serdeczne, pocieszające, pełne nadziei, dodawały
siły do przeżycia tak ciężkich dni"17.
"W styczniu 1945 roku po powrocie z wygnania ksiądz proboszcz odprawił niedzielną
Mszę świętą w zakrystii. Mój brat odpowiadał, jak to zwykle czyni organista.
Kościół był zniszczony"18.
Proboszcz odprawiał Msze święte w kostnicy obok kościoła, a
potem w zakrystii, dopiero po usunięciu gruzu i wymianie dachu w kościele przy
Głównym Ołtarzu19.
Lubił spowiadać. Siadywał w
konfesjonale i zachęcał parafian do spowiedzi i częstej Komunii świętej
20. Na spowiedź przed odpustami i
świętami zapraszał innych księży. Sam chętnie spowiadał o każdej porze
dnia21. Jako
proboszcz udzielał chętnie sakramentów świętych swoim parafianom.
Nabożeństwa pogrzebowe starał się
odprawiać jednakowo dla wszystkich, nikogo nie wyróżniał i nikogo nie pomijał.
Zawsze z żywą wiarą w życie wieczne i nadzieją na zmartwychwstanie, poruszał
serca słuchaczy w tych trudnych chwilach rozłąki z bliskimi. Wiele
pogrzebów sprawował, nie biorąc pieniędzy. Po pogrzebie małej dziewczynki
zmarłej na zapalenie płuc, w rozmowie z jej zrozpaczoną matką, która płacząc
wyznała, iż jest tak biedna, że nie ma na zapłatę za posługę, ks. proboszcz P.
Gołębiowski uścisnął jej rękę i powiedział: "Nie płacz moje dziecko.
Największym krzyżem jest życie bez krzyża"22.
Ludzie, którzy zginęli podczas wojny,
byli chowani w różnych miejscach. Po zakończeniu działań wojennych ciała
zmarłych i zabitych ekshumowano i ksiądz proboszcz chował na cmentarzu za
darmo, najwyżej od bogatych przyjął coś do jedzenia. Tak pogrzebał około 80
osób23.
Parafianie
baćkowiccy po zakończeniu wojny przychodzili do tymczasowej plebanii z prośbą o
pochowanie najbliższych, którzy zginęli w czasie działań wojennych. Ksiądz
proboszcz z dużym współczuciem i głębokim wzruszeniem słuchał opowiadań
parafian o tragicznych przeżyciach. Następnie notował ich dane w książce i wyznaczał
termin pogrzebu. Nie brał zapłaty, szedł na czele skromnego konduktu niosącego
prostą trumnę. Pochował w ten sposób około 100 osób24.
W niecały rok po objęciu parafii, 24 maja 1942 roku
w uroczystość Zesłania Ducha Świętego odbyła się kanoniczna
wizytacja parafii, przez ks. biskupa Jana Kantego Lorka, połączona z
bierzmowaniem 1065 osób. Protokół wizytacyjny stwierdza,
że: "wskutek warunków wojennych praca księdza proboszcza
Gołębiowskiego musi
być ograniczona tylko do kościoła i z konieczności nie
może obejmować działalności społecznej prowadzonej w takim zakresie jak za
księdza Górskiego. Można śmiało stwierdzić, że pod względem urobienia duchowego
ludzi, parafia Baćkowice z małymi wyjątkami zajmuje jedno z pierwszych miejsc w
diecezji. Świadczą o tym częste spowiedzi, dwadzieścia cztery tysiące rozdanych
Komunii świętych. Liczne powołania zakonne. Świadczy to o ochotnym garnięciu
się wiernych do Kościoła. Nawet ich zewnętrzna postawa wobec kultu Bożego,
który starają się uświetnić pięknymi śpiewami i czynnym udziałem swoim"
25. O żywej wierze i pracy
duszpasterskiej proboszcza świadczą liczby czynnie zaangażowanych parafian w
stowarzyszeniach: 89 Kółek Żywego Różańca mężczyzn i kobiet, 116 sióstr
trzeciego Zakonu św. Franciszka z Asyżu, które czynnie opiekowały się chorymi w
parafii, a w Uroczystość św. Antoniego gromadziły się na swoje specjalne
nabożeństwo, 500 członków Bractwa Trzeźwości, Bractwo światła pod wezwaniem św.
Józefa, troszczyło się o świece dla kościoła, zapalane podczas Mszy świętych
i różnych nabożeństw. Kółko ministrantów liczyło 30 chłopców. Działał też
chór parafialny doskonale śpiewający26.
Parafianie zgromadzeni w tych
organizacjach kościelnych, swoim życiem dawali przykład chrześcijańskiego
postępowania i zachęcali do naśladowania. Również kościół jako miejsce
spotkań modlitewnych całej parafii był w należytym porządku. Po wojnie należało
odnowić wnętrze świątyni baćkowickiej, ponieważ wilgoć źle wpływała na jego
piękną polichromię.
Cmentarz parafialny znajdujący się w
niedalekiej odległości od świątyni mimo zniszczeń dokonanych w kościele
zachował się nienaruszony. Na teren cmentarza można było wejść przez zamykane
furtki i bramę. Rozplanowane alejki i ścieżki, oraz podzielone miejsca na
poszczególne kwatery grobowe, świadczą o dobrej organizacji i porządku
panującym na tym miejscu wiecznego spoczynku zmarłych parafian27.
Ksiądz Piotr Gołębiowski, starał się
udzielać młodym parafianom sakramentu małżeństwa, wygłaszając z tej okazji
stosowne kazanie wraz z życzeniami.
Szczególną opieką otaczał wdowy i
sieroty. Pocieszał, podnosił na duchu, udzielał pomocy materialnej28.
Dużą ilość mężczyzn z parafii
Baćkowice okupant wywiózł na przymusowe roboty do Niemiec. W tych rodzinach
Proboszcz zastępował im ojca i opiekuna. Wielu przeżyło dzięki jego
pomocy29 Dzieciom
z ubogich rodzin kupował ubrania i buciki do I Komunii św.30 Pomoc udzielana przez ks. P.
Gołębiowskiego pozostała także w pamięci Leokadii Krowińskiej31.
W czasie nasilonych działań wojennych
wielu nie miało się gdzie schronić, ukrywali się w suterenie plebanii. Ksiądz
proboszcz dzielił się z każdym
tym, co miał. Chodził również do ludzi ukrywających się w bunkrach, rozmawiał z
nimi, podnosił na duchu, modlił się. Maria Ligas wspomina: "Mój mąż z drugim
chłopem, gdy zawieźli proboszczowi zboże do młyna, ten podzielił się z nimi
mąką"32.
Pani Wodyńska żona kierownika szkoły
w Baćkowicach, której mąż był współpracownikiem księdza Górskiego i został
wywieziony do Oświęcimia, została z trójką dzieci. Ksiądz Gołębiowski przyszedł
jej z pomocą33.
Dla każdego znajdował czas, aby z nim
porozmawiać, wysłuchać jego problemów, dać słowa otuchy i pocieszenia. Wspierał
studiującego w seminarium sandomierskim kleryka Antoniego Stanisława Frejlicha.
Ksiądz proboszcz prowadził również
tajne nauczanie. Na terenie parafii znajdowało się wielu wybitnych profesorów
wysiedlonych z większych miast, którzy przypadkowo znaleźli się
w Baćkowicach. Zdolnemu chłopcu, który ukończył I klasę gimnazjum
proboszcz zaproponował pomoc w nauce i przygotowaniu się do przedmiotów
ogólnokształcących. Trzy razy w tygodniu po godzinie 1900
przychodził na plebanię. W ciągu dwóch
lat nauki zaliczył II i III klasę gimnazjum34. Syn organisty
w Baćkowicach zdał
egzamin w czerwcu 1939 roku do Państwowego Gimnazjum w Sandomierzu. Wybuch
wojny przekreślił możliwości rozpoczęcia nauki. Ksiądz Gołębiowski zaproponował
mu, by rozpoczął naukę w zakresie szkoły średniej. Zaliczył w ten sposób dwie
klasy gimnazjum35.
W okresie działań wojennych, kiedy to
linia frontu stanęła w pobliżu Baćkowic od sierpnia 1944 r. do wyzwolenia
w 1945 r., w pomieszczeniach plebanii znalazło schronienie około 20 osób
wypędzonych z innych parafii. Znaleźli pod opiekuńczymi skrzydłami ks. P.
Gołebiowskiego warunki do przetrwania tych trudnych czasów. W sierpniu
1944 roku Niemcy wobec zbliżania się do Baćkowic linii frontu wydali rozkaz
natychmiastowego opuszczenia plebanii. Po ciemku w wielkim pośpiechu załadowano
rzeczy osobiste, pościel i niewielką ilość żywności i ks. proboszcz wraz
z podopiecznymi wyruszył na tułaczkę.
Ksiądz proboszcz szedł pierwszy z
różańcem w ręku, za nim ksiądz wikary Jan Oktobrowicz, organista z rodziną i
kościelny z najbliższymi oraz kilku najbliższych sąsiadów. Ewakuacja
odbywała się pod gradem kul. Wszyscy bali się o swoje życie. Ksiądz Gołębiowski
zamieszkał u proboszcza w Mominie, pozostałych wygnańców przyjęli życzliwi
ludzie z okolicznych wiosek. W Mominie ksiądz wygnaniec pomagał
tamtejszemu księdzu proboszczowi Godzwanowi w pracy duszpasterskiej. W każdą
niedzielę po sumie, spotykał się ze swoimi parafianami, rozmawiając z nimi.
Dzielił ich troski i obawy, wlewał w serca wiele nadziei tak potrzebnej w tych
trudnych czasach. Parafianie baćkowiccy ciągnęli tłumnie do Mominy, bo tylko
tutaj mogli się pomodlić, spotkać ze swoim proboszczem i nabrać sił do
pokrzepienia serc z tych niezwykłych spotkań. Ksiądz proboszcz troszczył
się o każdego parafianina. Dla rodziny kościelnego Władysława Podsiadły,
dzielącego ze swoją rodziną jego tułaczy los, wystarał się o przydziały
podstawowych artykułów: mąki, cukru, soli i zapałek u sekretarza gminy
Modliborzyce36.
Pod koniec wojny Niemcy zabrali
rodzinie kościelnego krowę, którą zwrócono, dzięki interwencji księdza Gołębiowskiego.
Znajomość języka niemieckiego ułatwiała mu załatwianie różnych spraw u
okupanta. Między innymi, uzyskawszy pozwolenie odwiedzenia kościoła w
Baćkowicach, z pomocą parafian wywiózł kielichy i monstrancję. Następnym razem
Niemcy zwrócili ornaty, na których spali w zakrystii oraz bieliznę
kościelną37.
W styczniu 1945 roku powrócili razem
do Baćkowic, zastając ruiny i zgliszcza. Kościół został poważnie zniszczony,
ściany południowa i wschodnia zostały uszkodzone. Dach mocno podziurawiony
pociskami i kulami, okna i drzwi zniszczone i powyrywane, szyby wszystkie
wybite. Strop blisko chóru załamany, organy uszkodzone. Ołtarze
zniszczone odłamkami pocisków. Obraz Matki Bożej Różańcowej wycięto z ram. W
jego miejscu umieszczono obraz św. Stanisława Kostki. Jedynie trzy dzwony
pozostały nienaruszone i wzywały wiernych do modlitwy i udziału w
nabożeństwach38.
Teren kościoła i plebanii był zaminowany. Ksiądz Gołębiowski, idąc między
minami, powiedział do parafian: "Idźcie po moich śladach do kościoła".
Plebania, organistówka oraz
zabudowania gospodarcze zostały spalone, w dobrym stanie pozostały jedynie
mury39. Proboszcz
zamieszkał w domu spółdzielczym oddalonym od kościoła około 600-700 metrów.
Dzielił się z jego mieszkańcami chlebem i ... butami40,
W czerwcu 1945 roku po odprawieniu
rannej Mszy świętej ksiądz proboszcz został aresztowany przez wojsko rosyjskie.
Siłą wepchnięto go do samochodu i domagano się, żeby powiedział, gdzie są
partyzanci i kto z mieszkańców Baćkowic jada mięso. Proboszcz spokojnie
odpowiadał: "ja mięsa nie jadam i nie wiem kto je". Był poddawany silnej
presji, by odpowiedział na pytania enkawudzistów. Grożono mu i innym
aresztowanym, że gdy nie powiedzą, to wszyscy zostaną rozstrzelani. Ksiądz
proboszcz odpowiadał konsekwentnie: "nie wiem", udzielił błogosławieństwa
aresztowanym i wraz z nim ciągle się modlił. Po kilku godzinach został
zwolniony41.
Lata, w których przyszło duszpasterzować
księdzu P. Gołębiowskiemu w Baćkowicach, przypadły na trudny czas wojny. Tu
sprawdzały się ludzkie charaktery, dobry przykład umacniał i krzepił.
Pozostał w pamięci parafian, ich dzieci i w przekazach jako kapłan
rozmodlony42,
który nigdy nie narzekał, ciepłymi słowami dodawał otuchy. Na twarzy widać było
spokój i radość, nigdy najmniejszego zdenerwowania43.
Był bardzo pobożny, pełen poświęcenia, miłosierdzia,
męstwa i odwagi44.
W celu zastraszenia był prowadzony z sekretarzem gminy i innymi osobami pod las
na rozstrzelanie przez żołnierzy radzieckich, szedł wówczas spokojnie z
różańcem w ręku, modlił się razem z innymi45. Doskonale rozumiał
ludzi cierpiących, wlewał do ich
serc tak gorącą wiarę w Boga, że ich cierpienia stawały się lżejsze
46. W tych ciężkich latach, pełnych
biedy i nędzy ksiądz proboszcz był dla swoich parafian wzorem i przykładem w
znoszeniu ciężarów ran zadanych przez wojnę: strasznych zniszczeń materialnych
i tych moralnych - dokonanych w sercu i sumieniu ludzkim.
Skutki wojny i położenia linii frontu
w pobliżu Baćkowic były przerażające. Olbrzymie zniszczenia, spalone
gospodarstwa, brak ziarna na zasiew to efekty kilku lat wojny. Ludzie mieszkali
w bunkrach i ziemiankach. Pojawiła się depresja duchowa, zniechęcenie,
smutek. Do tego doszła plaga myszy, która niszczyła i& tak skromne zapasy.
Pomocy z zewnątrz nie było żadnej. Władze w Opatowie tłumaczyły się, że nie
mają pieniędzy. W Kielcach również bezradnie rozkładano ręce47.
Parafian czekała wielka praca i
zaangażowanie, aby swoje domostwa i gospodarstwa przywrócić do dawnego stanu.
Na proboszcza czekała również ciężka praca duszpasterska. Zaleczyć rany ducha
zadane przez okrucieństwo wojny, przywrócić wiarę w sercach ludzi w Boga i
drugiego człowieka. Przyszedł czas rodzenia, czas sadzenia, czas budowania,
czas miłowania i czas pokoju48.
Dnia 23 lipca 1945 roku ksiądz
Gołębiowski został przeniesiony do Radomia na stanowisko rektora kościoła
Świętej Trójcy.
W niniejszym opracowaniu starałem się
wydobyć te fakty, które nigdy przedtem nie zostały opublikowane. Szczególnie
podziękowania kieruję na ręce księdza kanonika Jana Szczodrego, obecnego
proboszcza Baćkowic, za udostępnienie materiałów archiwalnych i osobistą ocenę
zdarzeń. Księdzu doktorowi Bogdanowi Stanaszkowi za pomoc w uzyskaniu materiałów
archiwalnych kurii sandomierskiej.